“O pewnej tendencji kina francuskiego” i recenzja “Okna na podwórze” to uznane za najbardziej znane teksty napisane przez François Truffaut. Dla jednych oba te artykuły to kawał fantastycznej roboty redakcyjnej członka zespołu Cahiers, dla ludzi bliżej uczelni filmoznawczych jedna z niewielu podniet w ich już i tak przegranym życiu, a dla Françoisa Truffaut trampolina w kinematograficzne przestworza i twarda tafla lodu, na którą upadł w trakcie jego ostatniego lotu – “Byle do niedzieli”.

To co piszę, oczywiście może mieć merytoryczną wartość mniejszą niż zupka z papierka, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że “Vivemant Diamanche” to film, w którym reżyser “Jules i Jim” zjadł własny ogon (używając tej znienawidzonej przeze mnie frazy nie będę mógł spojrzeć sobie w oczy przez najbliższe pół roku). I ta konsumpcja samego siebie nie ma smaku odgrzewanego kotleta, ale po prostu przypomina ten kulinarny epizod twojego życia, do którego bardzo nie chce się wracać.

Jest możliwe, że dla części osób “O pewnej tendencji kina francuskiego” miał ten sam ikoniczny status świętego tekstu, co dla współczesnego człowieka rozumnego myślącego orędzie najebanego Zbigniewa Stonogi do narodu. Truffaut z młodzieńczą brawurą i pewnością wchodził na barykadę i miażdżył autorytety kina realizmu psychologicznego ze wszelkimi skłonnościami do melodramatyzmu. Kino starych dziadów nazwał kinem papy i wraz z Astruciem dołączyli do wielogłosu orędowników kina autorów.

Truffaut na widok dzieł Delanoya czy Autant-Laryego reagował niczym Gordon Ramsey na widok tego przegrywa z Masterchefa – “you fucking donkey(s)”. Jednak na widok Hitchocka jego lico rozpromieniało się. Truffaut kochał i podziwiał Hitchocka, a dowodem i uzasadnieniem tego uczucia była jego recenzja “Okna na podwórze”. Oprócz mistrzowsko wyreżyserowanej historii i wybitnej dramaturgii, dostrzegał w obrazie mistrza kryminału autotematyczną prawdę o etycznej i głęboko skrywanej naturze człowieka i potrzebie patrzenia i podglądania innych. Wszystko fajnie, Franciszek zadowolony, ja mniej, bo na marginesie mówiąc z “Oknem na Podwórze” nigdy nie było mi po drodze.

Mamy więc sytuację, w której Truffaut nienawidzi starych dziadów i kocha Alfreda. A “Byle do niedzieli” – jego ostatni film jest hołdem dla kina Hitchcocka i przy okazji dowodem na to, że od papy uciec nie można. Truffaut stara się łączyć grozę i groteskę autora “Vertigo”, ale jest w tym albo zbyt sztywny i melodramatyczny, albo tak luźno podchodzi do gatunku kryminału, że traci on zupełnie dramaturgię. Naiwność nie jest jednoznacznie przetłumaczalna na francuski. W kinie amerykańskim wynikała ona z rydykullicznej* powagi gatunkowej, a w nowej fali wychodziła od absurdu i dystansu do samego siebie. Podczas, gdy u Hitchcocka morderstwo ma wymiar wręcz ceremonialny, Truffaut strzela na lewo i prawo od początku, do końca. Wspólny mianownik obu – nuda. W pewnym momencie “Vivament Diamanche” sprawia wrażenie jakby z każdą sekundą przykrywany był formaliną, aż na końcu zastyga w bezruchu, w wizualnie ładnym obrazku, ale kompletnie wyzutym z życia.

Jaki z tego morał? Skąd miałbym to wiedzieć? Truffaut nie nakręcił później już kolejnego filmu, więc nie ma dowodów za i przeciw JAK mogłoby postąpić jego dziadostwo. Czy zabiła go miłość do idola? Może trzeba zabić swoich idoli więcej niż jeden raz, bo tylko w ten sposób nie zawęzi się twórczych horyzontów? Nie wiem, choć się domyślam.
(ten tekst został dostarczony przez gang Jean Luca Godarda)

*tak, wymyśliłem se to słowo
to są igraszki i nie należy traktować nic na serio

Tags: , , , ,

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Social Media Auto Publish Powered By : XYZScripts.com